poniedziałek, 18 stycznia 2016

Kalejdoskop zdarzeń


- Czuję się tak, jakby w moim sercu toczyły walkę dwie bestie. Jedna jest pełna złości i nienawiści; drugą przepełnia miłość, przebaczenie i pokój.
- Która zwycięży?
- Ten, którego karmię!*

Emocje rządzą naszym życiem. To one właśnie nadają barw naszemu światu powodując, że czujemy się w nim jak w niebie lub jak w piekle. Najczęściej jesteśmy od nich uzależnieni, nie mamy nad nimi kontroli i rzadko kiedy wiemy, która z nich złapie nas w swoje szpony.
Wróć!
Emocje nie mają szpon i nie są zdolne nikogo łapać w swoje sidła. To my je łapiemy, wybieramy z umysłu i pozwalamy się im opętać. Tak, tak. Jesteśmy spętani emocjami na własne życzenie i to my – nikt inny – wiążemy kolejne supły we własnym (dla potrzeb artykułu, nazwijmy go) „prywatnym umyśle”.

Obserwując siebie od wewnątrz, po jakimś czasie (zależnym od indywidualnych predyspozycji) zauważymy, że pomiędzy jedną a drugą myślą (emocją) jawi się przed nami pustka. I znów dla potrzeb tej krótkiej notatki nazwijmy ją „oceanem”, w którym zawarte są wszystkie – wymieszane w każdy możliwy sposób – zjawiska. Ta pustka nie jest żadnym bogiem ani osobą, nie jest czarna, biała, ani przezroczysta; nie jest stała, ani zmienna i nawet nie można powiedzieć, że istnieje, bo za tym określeniem idzie zbyt dużo konotacji. Z całą pewnością też nie-nie istnieje. Najbliższym określeniem jakie przychodzi mi do głowy jest - zawierająca w sobie wszystko - przestrzeń, bez granic.

Ta przestrzeń jest wszystkim tym, czym dysponujemy i z czego się składamy. Gdyby się przyjrzeć z bliska i rozebrać na części, można by zobaczyć pustkę właśnie. Czy to przedmioty, czy emocje – powiększone i rozłożone na części są puste: nie istnieją samodzielnie i nie wyglądają tak, jak widzimy je patrząc z „prywatnej perspektywy”.
Co to oznacza? Że tak samo jak nie jesteśmy naszą ręką, nogą czy sercem, nie jesteśmy naszymi wspomnieniami, emocjami czy myślami. Wszystko złożone w czasie i sklejone przez nas samych tworzy nasze „ego”, któremu wydaje się być kimś innym od pozostałych. Tak naprawdę jest to bardzo złudne, ponieważ myśli, emocje i wspomnienia są zmienne, a „my sami” zmieniamy się w zależności od nich – bo się z nich składamy. I mimo że w każdej chwili jesteśmy jakby kimś innym wierzymy, że jesteśmy ciągle tymi samymi osobnikami.

Najlepiej widać to na przykładzie snu lub odległej przeszłości. Gdy mieliśmy – powiedzmy – trzy lata, nie byliśmy kimś innym ani tym samym. Prawie nikt z nas nie pamięta niczego z tego okresu, a jednak uważamy, że to my. W zasadzie „trzyletni-my” umarliśmy, a teraz jesteśmy czymś w rodzaju inkarnacji. To kim się staliśmy, wynika z wcześniejszych doświadczeń, których jednak nie pamiętamy i nie zdajemy sobie z nich sprawy. Na tym to właśnie polega.

Wyzwolenie się z emocji jest bardzo trudne, ale możliwe. Nie oznacza ono, że powinniśmy przestać myśleć – to ideał kamienia. A my jesteśmy ludźmi i myśleć powinniśmy. Chodzi o to, żeby nie łapać tego, co krąży nam „w głowie”. Tak naprawdę myśli krążą w umyśle, a my jesteśmy jak odbiorniki radiowe. Te same myśli i emocje, mogą być schwytane przez różne osoby – nie należy tego robić. Lepiej jest obserwować to, co się pojawia tak, jak robimy to z chmurami na niebie, dopóki nie zaczniemy ich interpretować. Nie interpretujmy więc myśli. Ignorowane nie mają nad nami żadnej mocy. Gdy się tego nauczymy, wyzwolimy się z emocji, co jak widać, nie oznacza, że staniemy się nieczuli. Wręcz przeciwnie – będziemy mogli skuteczniej pomagać innym.

To o czym piszę jest trudne, ale możliwe do osiągnięcia. Pierwszym krokiem na jaki trzeba się zdobyć, jest zaprzestanie karmienia przytoczonych powyżej „bestii”. To też nie jest proste - większość z nas musi początkowo unikać sytuacji, które powodują pojawienie się potworów. Ich nie da się oswoić, bo one nie istnieją. To my nadajemy im kształt i moc, tak jak czynimy to interpretując chmury na niebie. Gdy to zrozumiemy, niezależnie od ich ilości, nie wyrządzą nam żadnej krzywdy, bo będą bezkształtnymi, krążącymi swobodnie po umyśle, pojawiającymi się i znikającymi, zmiennymi tworami.

_____________
* skrócona przypowieść nieznanego autora.

niedziela, 10 stycznia 2016

Tu i teraz


- Czuję, że moje życie nie ma sensu – powiedział do mnie wczoraj, mój nowy kolega Franco. To samo usłyszałem wcześniej z ust Giady; ona dodała jeszcze, że nie jest szczęśliwa. Zapytałem ich „czemu” i dostałem podobne odpowiedzi, które zresztą słyszałem już wcześniej. To skłoniło mnie do podzielenia się - z czytającymi ten blog – spostrzeżeniami.
Generalnie ludzie uzależniają swoje szczęście od rzeczy i zjawisk, które chcą dla siebie zatrzymać, co naturalnie nie jest możliwe. Wiedzą o tym, ale starają się tą świadomość ignorować, odsuwając myśli o utracie na boczny tor. Dlatego tak często cierpią - ich życie polega na ciągłym, bolesnym przeżywaniu straty.

Rzadko kto żyje w „tu i teraz”, przeżywając chwilę teraźniejszą i skupiając się tylko na niej. Są ludzie, którzy nie przeżywają świadomie nawet jednej minuty, bo ciągle zanurzają swój umysł w czasach, w których nie można dokonać żadnych zmian. Błądzą w przeszłości, obcując z duchami swojej własnej wyobraźni, kreują „alternatywne rzeczywistości”, które się nigdy nie wydarzyły lub snują plany, próbując zobaczyć przyszłość, która z wielkim prawdopodobieństwem nie nadejdzie albo będzie wyglądała inaczej. A życie ucieka.

Ludzie uzależniają swoje szczęście od przedmiotów, które chcą posiadać. Ich brak wywołuje frustrację. Człowiek potrafi cierpieć z powodu potłuczonego kubka do herbaty, pękniętej ściany, lub braku czegoś, co w ich mniemaniu jest im potrzebne. Dąży więc do posiadania coraz to nowych rzeczy zapominając, że czasu straconego na ich pozyskanie nikt mu nie zwróci oraz przede wszystkim o tym, że każda nabyta rzecz nie jest wieczna i że wcześniej, czy później trzeba się będzie z nią rozstać.

Nie ma tutaj kłamstwa i nie można się z powyższymi zdaniami dotyczącymi przemijalności rzeczy nie zgodzić i choć każdy w chwili czytania będzie zdawał sobie sprawę z tego, że „wszystko musi się rozpaść”, chwilę później znów wskoczy myślami w utopię, która pochłonie go bez reszty. Tak to działa. Buddyści nazywają to „samsarą”.

Ludzie sami „skazują się” na cierpienie, bo ciągle czegoś nie mają. Dalej czegoś się boją, czegoś żałują i kogoś o coś obwiniają. Ten kołowrót myśli jest tak ogromny i skomplikowany, że nie da się go rozwiązać. Rozplątanie jednego supła (problemu) pokazuje, że był on zbudowany z innych, mniejszych supełków – często jest to walka bez końca. Zbyt krótko żyjemy i zbyt wiele mamy teorii na „uleczenie duszy”.

Dlatego dobrze jest czasami usiąść i spocząć w bezruchu. Nazywamy to medytacją. Niektórzy ludzie mylą medytację z nie-myśleniem. Próbują „nie myśleć”, co oczywiście nie jest możliwe. Walka z natłokiem tworów umysłowych wyczerpuje i nie ma nic wspólnego z medytacją. Wyobrażanie sobie kolejnych „wyśnionych światów”, jest następną ucieczką w wyimaginowane obszary umysłu i nie rozwiązuje żadnych problemów. Według mnie wszystkie próby wyobrażenia sobie siebie jako kogoś innego, mogą na chwilę poprawić humor, tak jak robi to alkohol – później najczęściej przychodzi kac.
Medytacja to najprościej mówiąc spoczywanie w teraźniejszości, przy braku aktywności. Wzburzony umysł jest jak woda w rzece – zmącony, nękany nieskończonym łańcuchem przyczynowo-skutkowym myśli. Wyciszony, nie traci żadnej z posiadanych właściwości – staje się tylko coraz bardziej przejrzysty. Po pewnym czasie (zależnym od indywidualnych predyspozycji) myśli staną się bardziej subtelne, a medytujący zauważy, że można ich „nie łapać”. Później pojawi się świadomość, że wszyscy jesteśmy podobni do odbiorników radiowych: po pierwsze możemy się „nastroić” i wyłapywać te myśli, które chcemy, następnie możemy w ogóle ich nie łapać. Gdy pojawi się to zrozumienie, przyjdzie poczucie wolności i szczęścia, którego nie można już stracić.

Wszystkie zjawiska, rzeczy i w końcu osoby mają iluzoryczną naturę, bo nie istnieją w sposób ciągły. Jedyną stałą jest zmienność. Odczuwamy świat jako rzeczywisty, ponieważ patrzymy na niego z perspektywy czasu, który dla nas płynie stosunkowo wolno. Mamy więc czas na przywiązanie się do rzeczy, zjawisk i ludzi oraz na przeżycie ich utraty. Patrząc z innej perspektywy, choćby z „punktu widzenia” gwiazdy, całe życie na ziemi to mniej niż okamgnienie. Z perspektywy otaczającego nas wszechświata czas istnienia całej ziemi, to niezauważalny moment. Dobrze zdać sobie z tego sprawę.

Wbrew pozorom, nasza egzystencja nie jest wcale za krótka. Wystarczy na przeżycie pięknych chwil i na zrobienie niezwykłych rzeczy. Proponuję proste ćwiczenie. Przez kolejne kilka dni postarajcie się przeżyć pięć razy w ciągu dnia „świadomą minutę”. Nie myślcie o przyszłości, ani przeszłości. Bądźcie w „tu i teraz”, zauważcie szczegóły otaczającego was świata: zapachy, barwy i dźwięki. Spróbujcie przeżyć te minuty intensywnie bez oczekiwań i obaw. Gwarantuję, że te minuty utkwią wam w pamięci na długie lata, ze wszystkimi szczegółami. W kolejnym tygodniu spróbujcie przeżyć jednokrotnie pięć takich minut. To już nie będzie takie proste. Zauważycie, że myśli będą was ciągnęły w odmęty wspomnień i planów. Nie walczcie, nie oczekujcie tylko spokojnie skoncentrujcie się na teraźniejszości. Niektórzy żyją świadomie cały czas.

Dobrym lekarstwem na ugaszenie własnego cierpienia jest bezinteresowna pomoc potrzebującym. Znacznie zmniejsza własny egoizm i daje w zamian dużo radości – nie możemy jednak oczekiwać niczego w zamian. Zrezygnowanie z oczekiwań, również przynosi wspaniałe rezultaty. Otaczający nas świat staje się coraz ciekawszy i pojawiają się w nim nowe, niewidoczne wcześniej perspektywy.
Życzę wspaniałego tygodnia.

niedziela, 3 stycznia 2016

Iluzja w iluzji

Każdy z nas ma jakąś rodzinę, przyjaciół oraz bliższych i dalszych znajomych. Otaczający nas ludzie spełniają w naszym życiu różne funkcje - rzadko kiedy te same – tak samo my, jesteśmy dla nich „różnymi osobami”: każdy z nich widzi nas inaczej i do czego innego nas potrzebuje. Dla jednych jesteśmy wsparciem, dla innych wzorem, jeszcze inni stawiają sobie nas w miejscu, do którego nie chcą iść – jak stracha na wróble. Istotne jest to, że wszystkie osoby wokół nas mają wpływ na nasze życie, w szerokim znaczeniu tego słowa.

W normalnych warunkach wchodzimy w relacje z osobami, które są dla nas atrakcyjne, w środowisku których możemy rozwijać się zgodnie z naszymi predyspozycjami. Nie podążamy za ludźmi o odmiennych poglądach, a gdy mamy ochotę na seks nie idziemy do miejsca, gdzie przebywają osobnicy dla nas nieatrakcyjni. Gdy spotykamy przypadkowo osoby „z innego wymiaru” - na przykład na imprezach – najczęściej po kilku mniej lub bardziej ugrzecznionych zdaniach oddalamy się od nich. To naturalne i zdrowe zachowanie.

Internet zaburzył tę równowagę, prowadząc do licznych patologii w życiu społecznym, zwłaszcza wśród pokoleń, które poznały świat wirtualny dopiero w życiu dorosłym. Pojawił się nowy typ – wirtualny znajomy, czyli „przyjaciel” którego fizycznie możemy nigdy nie poznać. Nową postać poznajemy na podstawie tego, co pokazuje sama oraz na bazie wirtualnej opinii o niej. Popularnym zjawiskiem w necie jest „osobowość dysocjacyjna”: jedna osoba ma wiele kont i wiele osobowości, z których nie wszystkie są jakimkolwiek odbiciem tego kto siedzi przy komputerze. Zdarza się, że zawiedzeni zachowaniem Iksa, piszemy do Igreka, który jest tą samą osobą…

Wirtualny znajomy na wiele zalet, według mnie posiada jednak więcej wad. Jakkolwiek nie byłby prawdomówny, jest tylko dwuwymiarowym awatarem, często ukrytym za wieloma maskami. Stwarza wrażenie bliskości, często jednak nieprawdziwe – samotne osoby mają wiele „lajków”, które nie zasiądą na pustych miejscach przy wigilijnym stole, ani nie podadzą herbaty, gdy przyjdzie taka potrzeba. Dzieje się tak z wielu względów, przede wszystkim jednak dlatego, że fizyczny świat ma wiele ograniczeń i ludzie, z którymi stykamy się na co dzień - na ekranie naszego komputera – mieszkają zbyt daleko i pogawędki z nami traktują jako odskocznię od realnego świata.

Dzisiaj usunąłem ponad sto awatarów z mojego facebooka. Stwierdziłem bowiem, że człowiek nie powinien mieć zbyt wielu znajomych. Były dwa powody tej czystki: pierwszą pulę osób – kilkanaście jednostek – usunąłem dlatego, że były toksyczne. Człowiek nie powinien mieć tylu znajomych, bo zawsze znajdzie się ktoś, kto będzie czuł się źle w naszym towarzystwie i w rezultacie stanie się destruktywny. W realnym świecie, gdy zaprasza się znajomych na wieczór jazzowy, zakłada się, że wszyscy goście będą zadowoleni z muzyki. Krytyka jazzu i ewentualna awantura z tego powodu nie jest zjawiskiem oczekiwanym i normalnym. Tak samo dyskusja z przyjaciółmi na dowolny temat nie powinna być powodem kłótni – chyba, że mamy do czynienia z patologią. Na portalach społecznościowych jest jednak inaczej. Ludzie bardzo często niewłaściwie interpretują nasze intencje i potrzeby, naruszając sfery, do których nie byli zaproszeni. Dyskusje często przeradzają się w awantury i ataki personalne – wirtualne emocje różnią się od prawdziwych. Są zniekształcone i nie ma możliwości ich prawidłowego odczytu. Często zwyczajny wpis jest odbierany jako agresja lub odwrotnie, przemoc jest ignorowana i niewidoczna.

Drugą pulą „wyrzuconych” były osoby, które przez rok nie zareagowały na żaden mój wpis. W internecie nie jesteśmy anonimowi – trzeba pamiętać, że nawet jeśli zamieścimy cokolwiek na sekundę, będzie to widoczne. Wielu użytkowników kopiuje to czym się dzielimy, prowadzi dzienniki i obserwuje naszą działalność. Większość z nich nie ma złych intencji, spotkałem się jednak z przemocą, gdy byłem szantażowany przez grupę tak zwanych „hejterów”.
W zwyczajnym świecie w przypadku, gdy ktoś urywa z nami kontakt i nie odzywa się przez rok, zapominamy o nim i „wykreślamy” go ze świata znajomych. To naturalna selekcja. Miałem znajomych w okresie dzieciństwa i gdy nasze drogi się rozeszły, zapomnieliśmy o sobie. Później kolegowałem się z różnymi innymi osobami i gdy warunki znajomości się rozpadły, zakończyła się także nasza przyjaźń. Tylko niektóre znajomości przetrwały. To naturalne. Po co trzymać „trupy” na swoim własnym podwórku?

Istnieje jeszcze trzeci powód. Zazwyczaj otaczamy się ludźmi, którzy myślą podobnie, albo z którymi mamy wspólny cel. W wymuszonych warunkach, takich jak praca, szkoła, zjazd itd., ukrywamy część swojej prywatności, skupiając się na zadaniu, które mamy przed nosem. Na pewno jednak nikt normalny nie toleruje w swoim otoczeniu awanturników i plujących jadem osób!
Kilka dni temu napisałem na tak zwanej „ścianie” swoją opinię, na temat fajerwerków, ich wpływu na zwierzęta i ukrytym interesie przemysłu farmaceutycznego, który demonizując skutki hałasu, wpycha środki uspokajające dla zwierząt. Wirtualna znajoma – Iwona – rzuciła się na mnie i popełniła 17 wpisów, nakręcając się do tego stopnia, że z tematu psów weszła na tereny prywatne, pisząc między innymi, że ludzie mnie nie lubią, bo jestem jaki jestem. Wczoraj zaś, gdy zadałem niewinne pytanie, kolejna znajoma – Miłka – napisała, że ona nie ma tego problemu, następnie dowiedziałem się, że nie potrafię selekcjonować znajomych, mam „osobiste” problemy i że opinia o mnie… typowe ciągi słowne dla hejterów. Obie panie usunąłem, zostawiając je pod gradowymi chmurami. Po co o tym piszę? Moim celem jest pokazanie, że z przemocą słowną w internecie najlepiej walczyć „nie karmiąc trolla”, czyli odcinając się od awanturnika. Dyskusja nie ma żadnego sensu, a za stracone nerwy nie dostaniemy odszkodowania.
Iwona napisała mi, że skoro „wpuszczam bombę” na forum publiczne, powinienem cieszyć się, że ludzie dyskutują. Owszem ludzie dyskutowali, Iwona spamowała. Można to przyrównać do tłumaczeń gwałciciela, bo dziewczynka „nosząca krótką spódniczkę, sama się prosiła o gwałt”. Nie! i jeszcze raz nie. Nie wolno się zgadzać na nękanie i na przemoc.

Każdy ma jakąś rodzinę, przyjaciół oraz bliższych i dalszych znajomych. I każdy powinien o nich dbać. Żyjemy tu i teraz i mamy okazję przebywać na świecie, przeżywać emocje i dzielić się z nimi z najbliższymi. Świat wirtualny może być narzędziem do dzielenia się tym, czego doświadczamy z ludźmi, którzy są dla nas ważni. Sam w sobie jest tylko złodziejem czasu, którego nie mamy dużo...