-
Czuję, że moje życie nie ma sensu – powiedział do mnie wczoraj,
mój nowy kolega Franco. To samo usłyszałem wcześniej z ust Giady;
ona dodała jeszcze, że nie jest szczęśliwa. Zapytałem ich
„czemu” i dostałem podobne odpowiedzi, które zresztą słyszałem
już wcześniej. To skłoniło mnie do podzielenia się - z
czytającymi ten blog – spostrzeżeniami.
Generalnie
ludzie uzależniają swoje szczęście od rzeczy i zjawisk, które
chcą dla siebie zatrzymać, co naturalnie nie jest możliwe. Wiedzą
o tym, ale starają się tą świadomość ignorować, odsuwając
myśli o utracie na boczny tor. Dlatego tak często cierpią - ich
życie polega na ciągłym, bolesnym przeżywaniu straty.
Rzadko
kto żyje w „tu i teraz”, przeżywając chwilę teraźniejszą i
skupiając się tylko na niej. Są ludzie, którzy nie przeżywają
świadomie nawet jednej minuty, bo ciągle zanurzają swój umysł w
czasach, w których nie można dokonać żadnych zmian. Błądzą w
przeszłości, obcując z duchami swojej własnej wyobraźni, kreują
„alternatywne rzeczywistości”, które się nigdy nie wydarzyły
lub snują plany, próbując zobaczyć przyszłość, która z
wielkim prawdopodobieństwem nie nadejdzie albo będzie wyglądała
inaczej. A życie ucieka.
Ludzie
uzależniają swoje szczęście od przedmiotów, które chcą
posiadać. Ich brak wywołuje frustrację. Człowiek potrafi cierpieć
z powodu potłuczonego kubka do herbaty, pękniętej ściany, lub
braku czegoś, co w ich mniemaniu jest im potrzebne. Dąży więc do
posiadania coraz to nowych rzeczy zapominając, że czasu straconego
na ich pozyskanie nikt mu nie zwróci oraz przede wszystkim o tym, że
każda nabyta rzecz nie jest wieczna i że wcześniej, czy później
trzeba się będzie z nią rozstać.
Nie
ma tutaj kłamstwa i nie można się z powyższymi zdaniami
dotyczącymi przemijalności rzeczy nie zgodzić i choć każdy w
chwili czytania będzie zdawał sobie sprawę z tego, że „wszystko
musi się rozpaść”, chwilę później znów wskoczy myślami w
utopię, która pochłonie go bez reszty. Tak to działa. Buddyści
nazywają to „samsarą”.
Ludzie
sami „skazują się” na cierpienie, bo ciągle czegoś nie mają.
Dalej czegoś się boją, czegoś żałują i kogoś o coś
obwiniają. Ten kołowrót myśli jest tak ogromny i skomplikowany,
że nie da się go rozwiązać. Rozplątanie jednego supła
(problemu) pokazuje, że był on zbudowany z innych, mniejszych
supełków – często jest to walka bez końca. Zbyt krótko żyjemy
i zbyt wiele mamy teorii na „uleczenie duszy”.
Dlatego
dobrze jest czasami usiąść i spocząć w bezruchu. Nazywamy to
medytacją. Niektórzy ludzie mylą medytację z nie-myśleniem.
Próbują „nie myśleć”, co oczywiście nie jest możliwe. Walka
z natłokiem tworów umysłowych wyczerpuje i nie ma nic wspólnego z
medytacją. Wyobrażanie sobie kolejnych „wyśnionych światów”,
jest następną ucieczką w wyimaginowane obszary umysłu i nie
rozwiązuje żadnych problemów. Według mnie wszystkie próby
wyobrażenia sobie siebie jako kogoś innego, mogą na chwilę
poprawić humor, tak jak robi to alkohol – później najczęściej
przychodzi kac.
Medytacja
to najprościej mówiąc spoczywanie w teraźniejszości, przy braku
aktywności. Wzburzony umysł jest jak woda w rzece – zmącony,
nękany nieskończonym łańcuchem przyczynowo-skutkowym myśli.
Wyciszony, nie traci żadnej z posiadanych właściwości – staje
się tylko coraz bardziej przejrzysty. Po pewnym czasie (zależnym od
indywidualnych predyspozycji) myśli staną się bardziej subtelne, a
medytujący zauważy, że można ich „nie łapać”. Później
pojawi się świadomość, że wszyscy jesteśmy podobni do
odbiorników radiowych: po pierwsze możemy się „nastroić” i
wyłapywać te myśli, które chcemy, następnie możemy w ogóle ich
nie łapać. Gdy pojawi się to zrozumienie, przyjdzie poczucie
wolności i szczęścia, którego nie można już stracić.
Wszystkie
zjawiska, rzeczy i w końcu osoby mają iluzoryczną naturę, bo nie
istnieją w sposób ciągły. Jedyną stałą jest zmienność.
Odczuwamy świat jako rzeczywisty, ponieważ patrzymy na niego z
perspektywy czasu, który dla nas płynie stosunkowo wolno. Mamy więc
czas na przywiązanie się do rzeczy, zjawisk i ludzi oraz na
przeżycie ich utraty. Patrząc z innej perspektywy, choćby z
„punktu widzenia” gwiazdy, całe życie na ziemi to mniej niż
okamgnienie. Z perspektywy otaczającego nas wszechświata czas
istnienia całej ziemi, to niezauważalny moment. Dobrze zdać sobie
z tego sprawę.
Wbrew
pozorom, nasza egzystencja nie jest wcale za krótka. Wystarczy na
przeżycie pięknych chwil i na zrobienie niezwykłych rzeczy.
Proponuję proste ćwiczenie. Przez kolejne kilka dni postarajcie się
przeżyć pięć razy w ciągu dnia „świadomą minutę”. Nie
myślcie o przyszłości, ani przeszłości. Bądźcie w „tu i
teraz”, zauważcie szczegóły otaczającego was świata: zapachy,
barwy i dźwięki. Spróbujcie przeżyć te minuty intensywnie bez
oczekiwań i obaw. Gwarantuję, że te minuty utkwią wam w pamięci
na długie lata, ze wszystkimi szczegółami. W kolejnym tygodniu
spróbujcie przeżyć jednokrotnie pięć takich minut. To już nie
będzie takie proste. Zauważycie, że myśli będą was ciągnęły
w odmęty wspomnień i planów. Nie walczcie, nie oczekujcie tylko
spokojnie skoncentrujcie się na teraźniejszości. Niektórzy żyją
świadomie cały czas.
Dobrym
lekarstwem na ugaszenie własnego cierpienia jest bezinteresowna
pomoc potrzebującym. Znacznie zmniejsza własny egoizm i daje w
zamian dużo radości – nie możemy jednak oczekiwać niczego w
zamian. Zrezygnowanie z oczekiwań, również przynosi wspaniałe
rezultaty. Otaczający nas świat staje się coraz ciekawszy i
pojawiają się w nim nowe, niewidoczne wcześniej perspektywy.
Życzę
wspaniałego tygodnia.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz