niedziela, 10 stycznia 2016

Tu i teraz


- Czuję, że moje życie nie ma sensu – powiedział do mnie wczoraj, mój nowy kolega Franco. To samo usłyszałem wcześniej z ust Giady; ona dodała jeszcze, że nie jest szczęśliwa. Zapytałem ich „czemu” i dostałem podobne odpowiedzi, które zresztą słyszałem już wcześniej. To skłoniło mnie do podzielenia się - z czytającymi ten blog – spostrzeżeniami.
Generalnie ludzie uzależniają swoje szczęście od rzeczy i zjawisk, które chcą dla siebie zatrzymać, co naturalnie nie jest możliwe. Wiedzą o tym, ale starają się tą świadomość ignorować, odsuwając myśli o utracie na boczny tor. Dlatego tak często cierpią - ich życie polega na ciągłym, bolesnym przeżywaniu straty.

Rzadko kto żyje w „tu i teraz”, przeżywając chwilę teraźniejszą i skupiając się tylko na niej. Są ludzie, którzy nie przeżywają świadomie nawet jednej minuty, bo ciągle zanurzają swój umysł w czasach, w których nie można dokonać żadnych zmian. Błądzą w przeszłości, obcując z duchami swojej własnej wyobraźni, kreują „alternatywne rzeczywistości”, które się nigdy nie wydarzyły lub snują plany, próbując zobaczyć przyszłość, która z wielkim prawdopodobieństwem nie nadejdzie albo będzie wyglądała inaczej. A życie ucieka.

Ludzie uzależniają swoje szczęście od przedmiotów, które chcą posiadać. Ich brak wywołuje frustrację. Człowiek potrafi cierpieć z powodu potłuczonego kubka do herbaty, pękniętej ściany, lub braku czegoś, co w ich mniemaniu jest im potrzebne. Dąży więc do posiadania coraz to nowych rzeczy zapominając, że czasu straconego na ich pozyskanie nikt mu nie zwróci oraz przede wszystkim o tym, że każda nabyta rzecz nie jest wieczna i że wcześniej, czy później trzeba się będzie z nią rozstać.

Nie ma tutaj kłamstwa i nie można się z powyższymi zdaniami dotyczącymi przemijalności rzeczy nie zgodzić i choć każdy w chwili czytania będzie zdawał sobie sprawę z tego, że „wszystko musi się rozpaść”, chwilę później znów wskoczy myślami w utopię, która pochłonie go bez reszty. Tak to działa. Buddyści nazywają to „samsarą”.

Ludzie sami „skazują się” na cierpienie, bo ciągle czegoś nie mają. Dalej czegoś się boją, czegoś żałują i kogoś o coś obwiniają. Ten kołowrót myśli jest tak ogromny i skomplikowany, że nie da się go rozwiązać. Rozplątanie jednego supła (problemu) pokazuje, że był on zbudowany z innych, mniejszych supełków – często jest to walka bez końca. Zbyt krótko żyjemy i zbyt wiele mamy teorii na „uleczenie duszy”.

Dlatego dobrze jest czasami usiąść i spocząć w bezruchu. Nazywamy to medytacją. Niektórzy ludzie mylą medytację z nie-myśleniem. Próbują „nie myśleć”, co oczywiście nie jest możliwe. Walka z natłokiem tworów umysłowych wyczerpuje i nie ma nic wspólnego z medytacją. Wyobrażanie sobie kolejnych „wyśnionych światów”, jest następną ucieczką w wyimaginowane obszary umysłu i nie rozwiązuje żadnych problemów. Według mnie wszystkie próby wyobrażenia sobie siebie jako kogoś innego, mogą na chwilę poprawić humor, tak jak robi to alkohol – później najczęściej przychodzi kac.
Medytacja to najprościej mówiąc spoczywanie w teraźniejszości, przy braku aktywności. Wzburzony umysł jest jak woda w rzece – zmącony, nękany nieskończonym łańcuchem przyczynowo-skutkowym myśli. Wyciszony, nie traci żadnej z posiadanych właściwości – staje się tylko coraz bardziej przejrzysty. Po pewnym czasie (zależnym od indywidualnych predyspozycji) myśli staną się bardziej subtelne, a medytujący zauważy, że można ich „nie łapać”. Później pojawi się świadomość, że wszyscy jesteśmy podobni do odbiorników radiowych: po pierwsze możemy się „nastroić” i wyłapywać te myśli, które chcemy, następnie możemy w ogóle ich nie łapać. Gdy pojawi się to zrozumienie, przyjdzie poczucie wolności i szczęścia, którego nie można już stracić.

Wszystkie zjawiska, rzeczy i w końcu osoby mają iluzoryczną naturę, bo nie istnieją w sposób ciągły. Jedyną stałą jest zmienność. Odczuwamy świat jako rzeczywisty, ponieważ patrzymy na niego z perspektywy czasu, który dla nas płynie stosunkowo wolno. Mamy więc czas na przywiązanie się do rzeczy, zjawisk i ludzi oraz na przeżycie ich utraty. Patrząc z innej perspektywy, choćby z „punktu widzenia” gwiazdy, całe życie na ziemi to mniej niż okamgnienie. Z perspektywy otaczającego nas wszechświata czas istnienia całej ziemi, to niezauważalny moment. Dobrze zdać sobie z tego sprawę.

Wbrew pozorom, nasza egzystencja nie jest wcale za krótka. Wystarczy na przeżycie pięknych chwil i na zrobienie niezwykłych rzeczy. Proponuję proste ćwiczenie. Przez kolejne kilka dni postarajcie się przeżyć pięć razy w ciągu dnia „świadomą minutę”. Nie myślcie o przyszłości, ani przeszłości. Bądźcie w „tu i teraz”, zauważcie szczegóły otaczającego was świata: zapachy, barwy i dźwięki. Spróbujcie przeżyć te minuty intensywnie bez oczekiwań i obaw. Gwarantuję, że te minuty utkwią wam w pamięci na długie lata, ze wszystkimi szczegółami. W kolejnym tygodniu spróbujcie przeżyć jednokrotnie pięć takich minut. To już nie będzie takie proste. Zauważycie, że myśli będą was ciągnęły w odmęty wspomnień i planów. Nie walczcie, nie oczekujcie tylko spokojnie skoncentrujcie się na teraźniejszości. Niektórzy żyją świadomie cały czas.

Dobrym lekarstwem na ugaszenie własnego cierpienia jest bezinteresowna pomoc potrzebującym. Znacznie zmniejsza własny egoizm i daje w zamian dużo radości – nie możemy jednak oczekiwać niczego w zamian. Zrezygnowanie z oczekiwań, również przynosi wspaniałe rezultaty. Otaczający nas świat staje się coraz ciekawszy i pojawiają się w nim nowe, niewidoczne wcześniej perspektywy.
Życzę wspaniałego tygodnia.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz