Każdy z nas ma
jakąś rodzinę, przyjaciół oraz bliższych i dalszych znajomych.
Otaczający nas ludzie spełniają w naszym życiu różne funkcje -
rzadko kiedy te same – tak samo my, jesteśmy dla nich „różnymi
osobami”: każdy z nich widzi nas inaczej i do czego innego nas
potrzebuje. Dla jednych jesteśmy wsparciem, dla innych wzorem,
jeszcze inni stawiają sobie nas w miejscu, do którego nie chcą iść
– jak stracha na wróble. Istotne jest to, że wszystkie osoby
wokół nas mają wpływ na nasze życie, w szerokim znaczeniu tego
słowa.
W normalnych
warunkach wchodzimy w relacje z osobami, które są dla nas
atrakcyjne, w środowisku których możemy rozwijać się zgodnie z
naszymi predyspozycjami. Nie podążamy za ludźmi o odmiennych
poglądach, a gdy mamy ochotę na seks nie idziemy do miejsca, gdzie
przebywają osobnicy dla nas nieatrakcyjni. Gdy spotykamy przypadkowo
osoby „z innego wymiaru” - na przykład na imprezach –
najczęściej po kilku mniej lub bardziej ugrzecznionych zdaniach
oddalamy się od nich. To naturalne i zdrowe zachowanie.
Internet zaburzył
tę równowagę, prowadząc do licznych patologii w życiu
społecznym, zwłaszcza wśród pokoleń, które poznały świat
wirtualny dopiero w życiu dorosłym. Pojawił się nowy typ –
wirtualny znajomy, czyli „przyjaciel” którego fizycznie możemy
nigdy nie poznać. Nową postać poznajemy na podstawie tego, co
pokazuje sama oraz na bazie wirtualnej opinii o niej. Popularnym
zjawiskiem w necie jest „osobowość dysocjacyjna”: jedna osoba
ma wiele kont i wiele osobowości, z których nie wszystkie są
jakimkolwiek odbiciem tego kto siedzi przy komputerze. Zdarza się,
że zawiedzeni zachowaniem Iksa, piszemy do Igreka, który jest tą
samą osobą…
Wirtualny znajomy na
wiele zalet, według mnie posiada jednak więcej wad. Jakkolwiek nie
byłby prawdomówny, jest tylko dwuwymiarowym awatarem, często
ukrytym za wieloma maskami. Stwarza wrażenie bliskości, często
jednak nieprawdziwe – samotne osoby mają wiele „lajków”,
które nie zasiądą na pustych miejscach przy wigilijnym stole, ani
nie podadzą herbaty, gdy przyjdzie taka potrzeba. Dzieje się tak z
wielu względów, przede wszystkim jednak dlatego, że fizyczny świat
ma wiele ograniczeń i ludzie, z którymi stykamy się na co dzień -
na ekranie naszego komputera – mieszkają zbyt daleko i pogawędki
z nami traktują jako odskocznię od realnego świata.
Dzisiaj usunąłem
ponad sto awatarów z mojego facebooka. Stwierdziłem bowiem, że
człowiek nie powinien mieć zbyt wielu znajomych. Były dwa powody
tej czystki: pierwszą pulę osób – kilkanaście jednostek –
usunąłem dlatego, że były toksyczne. Człowiek nie powinien mieć
tylu znajomych, bo zawsze znajdzie się ktoś, kto będzie czuł się
źle w naszym towarzystwie i w rezultacie stanie się destruktywny. W
realnym świecie, gdy zaprasza się znajomych na wieczór jazzowy,
zakłada się, że wszyscy goście będą zadowoleni z muzyki.
Krytyka jazzu i ewentualna awantura z tego powodu nie jest zjawiskiem
oczekiwanym i normalnym. Tak samo dyskusja z przyjaciółmi na
dowolny temat nie powinna być powodem kłótni – chyba, że mamy
do czynienia z patologią. Na portalach społecznościowych jest
jednak inaczej. Ludzie bardzo często niewłaściwie interpretują
nasze intencje i potrzeby, naruszając sfery, do których nie byli
zaproszeni. Dyskusje często przeradzają się w awantury i ataki
personalne – wirtualne emocje różnią się od prawdziwych. Są
zniekształcone i nie ma możliwości ich prawidłowego odczytu.
Często zwyczajny wpis jest odbierany jako agresja lub odwrotnie,
przemoc jest ignorowana i niewidoczna.
Drugą pulą
„wyrzuconych” były osoby, które przez rok nie zareagowały na
żaden mój wpis. W internecie nie jesteśmy anonimowi – trzeba
pamiętać, że nawet jeśli zamieścimy cokolwiek na sekundę,
będzie to widoczne. Wielu użytkowników kopiuje to czym się
dzielimy, prowadzi dzienniki i obserwuje naszą działalność.
Większość z nich nie ma złych intencji, spotkałem się jednak z
przemocą, gdy byłem szantażowany przez grupę tak zwanych
„hejterów”.
W zwyczajnym świecie
w przypadku, gdy ktoś urywa z nami kontakt i nie odzywa się przez
rok, zapominamy o nim i „wykreślamy” go ze świata znajomych. To
naturalna selekcja. Miałem znajomych w okresie dzieciństwa i gdy
nasze drogi się rozeszły, zapomnieliśmy o sobie. Później
kolegowałem się z różnymi innymi osobami i gdy warunki znajomości
się rozpadły, zakończyła się także nasza przyjaźń. Tylko
niektóre znajomości przetrwały. To naturalne. Po co trzymać
„trupy” na swoim własnym podwórku?
Istnieje jeszcze
trzeci powód. Zazwyczaj otaczamy się ludźmi, którzy myślą
podobnie, albo z którymi mamy wspólny cel. W wymuszonych warunkach,
takich jak praca, szkoła, zjazd itd., ukrywamy część swojej
prywatności, skupiając się na zadaniu, które mamy przed nosem. Na
pewno jednak nikt normalny nie toleruje w swoim otoczeniu
awanturników i plujących jadem osób!
Kilka dni temu
napisałem na tak zwanej „ścianie” swoją opinię, na temat
fajerwerków, ich wpływu na zwierzęta i ukrytym interesie przemysłu
farmaceutycznego, który demonizując skutki hałasu, wpycha środki
uspokajające dla zwierząt. Wirtualna znajoma – Iwona – rzuciła
się na mnie i popełniła 17 wpisów, nakręcając się do tego
stopnia, że z tematu psów weszła na tereny prywatne, pisząc
między innymi, że ludzie mnie nie lubią, bo jestem jaki jestem.
Wczoraj zaś, gdy zadałem niewinne pytanie, kolejna znajoma –
Miłka – napisała, że ona nie ma tego problemu, następnie
dowiedziałem się, że nie potrafię selekcjonować znajomych, mam
„osobiste” problemy i że opinia o mnie… typowe ciągi słowne
dla hejterów. Obie panie usunąłem, zostawiając je pod gradowymi
chmurami. Po co o tym piszę? Moim celem jest pokazanie, że z
przemocą słowną w internecie najlepiej walczyć „nie karmiąc
trolla”, czyli odcinając się od awanturnika. Dyskusja nie ma
żadnego sensu, a za stracone nerwy nie dostaniemy odszkodowania.
Iwona napisała mi,
że skoro „wpuszczam bombę” na forum publiczne, powinienem
cieszyć się, że ludzie dyskutują. Owszem ludzie dyskutowali,
Iwona spamowała. Można to przyrównać do tłumaczeń gwałciciela,
bo dziewczynka „nosząca krótką spódniczkę, sama się prosiła
o gwałt”. Nie! i jeszcze raz nie. Nie wolno się zgadzać na
nękanie i na przemoc.
Każdy ma jakąś
rodzinę, przyjaciół oraz bliższych i dalszych znajomych. I każdy
powinien o nich dbać. Żyjemy tu i teraz i mamy okazję przebywać
na świecie, przeżywać emocje i dzielić się z nimi z
najbliższymi. Świat wirtualny może być narzędziem do dzielenia
się tym, czego doświadczamy z ludźmi, którzy są dla nas ważni.
Sam w sobie jest tylko złodziejem czasu, którego nie mamy dużo...

Po lekturze pierwszych zdań od razu poleciałem sprawdzić, czy nadal jestem wśród twoich facebookowych znajomych :D
OdpowiedzUsuńJa czasem nie potrafię odpuścić, odciąć się. Chyba jestem anty-trollem. I o ile hipokryzję i ignorancję jestem w stanie zwalczać ironią i sarkazmem, o tyle w przypadku chamstwa wychodzę z założenia, że kto mieczem walczy, od miecza zginie. Nic nie wzbudza we mnie takiej złości i agresji jak brak kultury, zdrowego rozsądku i nieprzestrzeganie podstawowych norm etycznych. Wciąż tylko nie wiem czy to dobrze, czy może jest ze mną coś nie tak.
OdpowiedzUsuńZ drugiej jednak strony wirtualny przyjaciel ma tą przewagę, że możesz go wyłączyć jak chcesz mieć spokój :P
OdpowiedzUsuń"Drugą pulą „wyrzuconych” były osoby, które przez rok nie zareagowały na żaden mój wpis." - uu, to ja bym wyleciał ;) Rzadko reaguję na czyjekolwiek wpisy, rzadko umieszczam swoje, w ogóle rzadko korzystam aktywnie z FB, bo mnie to nie kręci. Dlaczego trzeba reagować na czyjeś wpisy i w ogóle jak to sprawdzasz kto reagował?
I nie zgadzam się, że jak ktoś się rok nie odzywał, to wypada z grona znajomych - do mnie ostatnio odezwała się przyjaciółka z dzieciństwa, po co najmniej 6-7 latach milczenia, gdzie się chyba nawet nie widzieliśmy ani razu (nawet na "cześć" na ulicy), a jak już się odezwała, esemesowaliśmy kilka godzin i było to miłe.